Co z tym angielskim?

 

Wyobraźmy sobie, że w popularnej za moich czasów w bajkach czapce niewidce wykonamy pewien eksperyment. Ponieważ sam jestem anglistą, zapraszam drogiego Czytelnika do tego, by razem z grupką młodzieży szkolnej wybrać się właśnie dzisiaj na przeciętną lekcję angielskiego w przeciętnej polskiej szkole. Co widzimy? Co słyszymy? Co czujemy? Do jakich dochodzimy wniosków?

Wydawać by się mogło, że XXI wiek to okres rozwoju nowoczesnych technologii, wspaniałych projektów w najróżniejszych dziedzinach naszego życia, bez wątpienia również czas niebywałych sposobów fantastycznego wręcz wykorzystania wiedzy, cyfryzacji i niesamowitych możliwości dostępu i przetwarzania informacji, czas, w którym część normalnego jak dotąd życia przeżywana jest online. Jest to też czas, kiedy szkoła, od przynajmniej stulecia, znajduje się w okresie, w którym wokół wyrastają rozmaite źródła wiedzy, podawane w miejscach i w sposób o niebo bardziej atrakcyjny i ciekawy niż… na naszej dzisiejszej lekcji angielskiego…

Ale wróćmy do naszej odwiedzanej dzisiaj w sekrecie szkoły i lekcji. Jesteśmy na szkolnym korytarzu, za parę minut wchodzę z młodzieżą na typowe 45 minut nauki języka. Przed lekcją słucham moich dzisiejszych „rówieśników”. Jedni rozmawiają o sprawach typowych dla nastolatków (gry online, FB, ciekawe strony internetowe, dowcipy, garść plotek, wymiana informacji na tematy różne), inni prowadzą dyskusję na temat tego, czy dzisiaj znów lekcja zacznie się od „wejściówki” lub przepytania. Nikt o tym nie mówi, ale widać po większości pewną nerwowość przed kolejną nudną „lekcją angola”. Nadchodzi nauczycielka z dziennikiem pod pachą, torebką na ramieniu, magnetofonem w lewej ręce i z topornym pękiem kluczy w prawej. Wszyscy dźwigają swój dzienny bagaż teoretycznego wyposażenia w postaci podręczników, atlasów, ćwiczeniówek i słownika, który Pani każe przynosić na zajęcia, choć właściwie w sumie rzadko z niego korzystają.

Pani mierząc wzrokiem naszą grupę, z pokerową twarzą otwiera klasę. Wszyscy wolno i niechętnie wlewamy się do „nowoczesnej” izby lekcyjnej… Na ścianach lamperia do połowy, od połowy zszarzała szpitalna biel. Duże okna, a ponieważ sala jest na parterze… solidnie zakratowane. Z tyłu jasnobrązowe regały z poprzedniej epoki, za tymi przeszkolonymi stoi kilkanaście starych książek… chyba po angielsku oraz kilka magazynów zachęcających do nauki języka. Myślę sobie: „Jak pięknie rozpoczyna się kolejny dzień w naszej szkole”. Pani zasiada za biurkiem przed trójskrzydłową zieloną tablicą do kredy. Rozpoczyna się oficjalnie lekcja, ale słychać tu i tam niedokończone jeszcze rozmowy moich koleżanek i kolegów. Przyczajam się z tyłu klasy, za – jak się dowiedziałem – Moniką i Kaśką. Pani czeka niecierpliwie na spokój i w międzyczasie otwiera dziennik, by sprawdzić listę obecności. Zaczyna się monotonne wyczytywanie uczniów po nazwisku… Mija dwunasta minuta od początku lekcji!? Pani podnosi się zza biurka i prosi o wyciągnięcie karteczek. Mija kolejnych kilka minut negocjacji i próśb, że: „nie dzisiaj, bo mamy ciężki dzień”, „może przełożymy, bo od przedwczoraj każdego dnia mamy kartkówki”, „prosiiiiimy Paaaanią, jutro mamy sprawdzian z chemii”… Niestety negocjacje nie przynoszą oczekiwanych rezultatów… Pani zdecydowanie

„przekonała” wszystkich do kartkówki z czasu Present Perfect Simple. Wszyscy zapisują pięć zdań do tłumaczenia, a w tle wyjaśnienie Pani, że „gramatyka jest najważniejsza”, bo sobie „nie poradzimy na egzaminie gimnazjalnym”. Do końca lekcji jeszcze dwadzieścia minut. Pani ogłasza temat: „Stopniowanie przymiotników. Praca z tekstem” i prosi o otwarcie podręczników na stronie 36. Tam mamy tabelkę, w której wyjaśnione są sposoby stopniowania; Pani podchodzi do tablicy i omawia tabelkę pisząc na tablicy kilka przykładów. Teraz otwieramy ćwiczenia na stronie 17 i w ćwiczeniu 2b mamy chwilę na przestopniowanie podanych tam przymiotników. Każdy wykonuje ćwiczenie indywidualnie. Po kilku minutach pracy w klimacie cichych rozmów dokańczających tematy z przerwy, kilku osobach śpiących na ławce i kilku innych szybko sprawdzających, co słychać na fejsie oraz paru odpowiadających na smsy… przechodzimy do grupowego sprawdzenia ćwiczenia 2b. Ktoś przysłał Kaśce smsa z tekstem: „codziennie nas wita przybita kobita”… Pani wywołuje po imieniu dziesięć osób – bo tyle jest przymiotników – do odczytania odpowiedzi. Połowa wezwanych do tablicy nie udziela odpowiedzi właściwie, a część mówi, że nie wie jak to zrobić. Pani za każdym razem podaje właściwą odpowiedź i tłumaczy tabelę raz jeszcze. Teraz wracamy do podręcznika na stronę 37, ponieważ tam jest „słuchanie”, w którym mamy uzupełnić dialog usłyszanymi formami przymiotników. Pani włącza płytę, słuchamy. Ponieważ zaraz – uffff – będzie dzwonek na przerwę, Pani szybko podaje odpowiedzi, żebyśmy sami sprawdzili. Na koniec słyszymy, że do zrobienia w domu mamy ćwiczenie 1, 2a i 3 abc i d ze stron 17-18, po czym rozlega się głośny, nieprzyjemny dźwięk dzwonka i wszyscy – zarzuciwszy na plecy swój ekwipunek – mozolnie wypełzamy z klasy. Teraz geografia…

Na geografię już nie idę… XXI wiek i dzisiejsza lekcja angielskiego… Jak cudownie spędzony czas na niesamowicie motywującej lekcji języka obcego! Aż chce się w domu zajrzeć do ćwiczeń! Co za klimat lekcji, jaka dynamika! Jak ciekawie można zainspirować grupę uczniów do nauki i jak fantastycznie można przećwiczyć nowo poznany materiał! Co za frajda! Nie mogę doczekać się następnej lekcji! No właśnie… po takiej lekcji zastanawiam się nad sensem istnienia takiej szkoły… Świat zmienia się wokół w niesamowitym tempie, a szkoła mam wrażenie tkwi w miejscu. Jeśli coś się zmienia, to najczęściej na niekorzyść. Dlaczego, pytam, dlaczego tak często te tzw. normalne lekcje są tak nudne, tak przewidywalne, tak banalne, tak nieprzemyślane, tak suche i maszynowo realizowane? Czy nie powinniśmy wszyscy – nie tylko nauczyciele języka angielskiego – zrobić sobie poważny i głęboki rachunek sumienia? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak wiele lekcji wygląda właśnie w ten sposób? Dlaczego w naszym kraju dręczymy dzieci? Jakie są powody, dla których szkoła nie jest w stanie zrobić rachunku sumienia, żałować za grzechy i postanowić poprawę? Czas Adwentu służy w sposób szczególny tego typu refleksjom…

Moim skromnym zdaniem nie wszystko wynika z braku pieniędzy, czy wszechobecnej biurokracji. Przede wszystkim dzisiejsza utrapiona od trwania w marazmie i nie tylko finansowej nędzy szkoła zapomniała o tych, którzy do niej jeszcze chodzą… zapomniała o uczniach, dzieciach, ludziach takich samych jak my, nauczyciele, z tą może tylko różnicą, że dzieci na początku tego jakże nieprzyjaznego im procesu uczenia się – a raczej wyłącznie nauczania – są pełne zapału i wrodzonej chęci poznania, które z czasem – jak na dzisiejszej obserwacji w czapce niewidce – z każdym etapem nauki z roku na rok coraz bardziej zanikają. Dlaczego dzisiaj tak wiele lekcji wygląda tak, jak ta opisana przeze mnie? Uderzmy się wszyscy mocno w piersi i przyznajmy, że szkoła dzisiaj istnieje dla samej siebie, dla nauczycieli, żeby mieli pracę, dla systemu, który nie może bez szkoły istnieć, dla innych celów, ale paradoksalnie nie dla dzisiejszego „ukrzesłowionego”, uprzedmiotowionego, nadal zarzucanego tonami encyklopedycznej wiedzy i regularnymi kartkówkami, testami i sprawdzianami oraz sfrustrowanego i nieobdarzonego szacunkiem polskiego ucznia. Przyjrzyjmy się pokrótce tym zasmucającym opisom ucznia. „Ukrzesłowionym” , ponieważ – idąc za Żylińską – konstrukcja i przebieg typowej lekcji nadal od dekad niezmiennie polega na tym, że uczniowie spędzają czas siedząc w ustawionych – najczęściej rzędami – ławkach. Jak męcząca to musi być praca siedzieć kilka najczęściej nudnych godzin w szkole! Czy nie ma innych rozwiązań? Są!

Możliwości zajęć, podczas których uczniowie wyjdą z ławek i będą się mogli swobodnie poruszać, a przy tym uczyć się i chętniej realizować materiał jest mnóstwo. „Uprzedmiotowionym” – ponieważ – nie czarujmy się – lekcje wyglądałyby zupełnie inaczej, gdyby nauczyciele zechcieli zobaczyć człowieka po drugiej stronie biurka. Człowieka rozumianego jako istotę, która przede wszystkim czuje, ma swoje potrzeby, przekonania, oczekiwania, ale także wady i zalety, zainteresowania, wielorakie inteligencje, swój styl uczenia się i wiele innych „swoich” cech. Czy nauczyciele w kontekście powtarzającego się w dokumentacji oświatowej słowa „indywidualizacja” podejmują większy niż minimalny wysiłek, by prawdziwie poznać swoich uczniów, by dostosować się do ich potrzeb, by wyjść na spotkanie drugiemu człowiekowi? W końcu spędza z nimi ogrom czasu podczas lekcji co tydzień, co miesiąc, co rok… Gdyby każdy nauczyciel upodmiotowił swojego ucznia, myśląc o nim zgodnie ze starą prawdą „nie rób drugiemu, co tobie nie miłe”, szkoła, lekcja wyglądałyby inaczej w tym samym momencie. Uważam, że najwyższa pora, by nauczyciel zmienił się z wszechwiedzącego na przyjaźnie nastawionego, budującego zdrowe relacje, potrafiącego stworzyć kreatywne środowisko uczenia się i stawiającego ucznia w centrum swoich działań. Odnoszę wrażenie, że nauczyciele często wybierają najłatwiejszą dla nich formę prezentowania treści, czyli wykład i notatkę. Dzisiaj, w dobie szeroko zakrojonej i rozumianej działalności internetowej, gdzie każdy ma dostęp do olbrzymich zasobów sieci Internet, możliwość korzystania z najróżnorodniejszych wymyślnych aplikacji, nauczyciele powinni zrewolucjonizować swój transmisyjny sposób podawania informacji na rzecz odwróconej klasy i kreatywnego środowiska, w którym uczniowie wykażą swoją pomysłowość, talenty i… przy okazji zdobędą nie tylko wiedzę, ale i umiejętności, a ich wiedzy nie będzie trzeba sprawdzać przykrą kartkówką co drugie zajęcia.

Reasumując, problemy dzisiejszego nauczania w szkole wywodzą się głównie z dwóch powodów. Po pierwsze z utraty „człowieczeństwa” w szkołach, które będąc ośrodkami wychowania, kształcenia i opieki, powinny jako pierwsze promować, realizować i pielęgnować wartości takie jak szacunek, pracowitość, kreatywność, zaufanie, przyjaźń, słowność, otwartość, terminowość, i wiele innych cech, ale nie jako oczekiwania wobec ucznia, który ma je wszystkie spełniać, ale przede wszystkim wobec samych nauczycieli, którzy często nie rozumieją na czym polega „zdrowa” klasa i relacje, które są fundamentem współpracy na lekcji. Po drugie problemy biorą się z niechęci do kreatywnego kształtowania jednostki lekcyjnej, podczas której dzieją się rzeczy inspirujące, pobudzające kreatywność, kształtujące umiejętności, wyzwalające pozytywną energię w grupie, czyli motywację do działania, do nauki, do badania, do wyjaśniania i eksperymentowania. Wszystkie to, o czym napisałem, można zrealizować w szkole na lekcji, nie tylko na angielskim, ale na każdym innym przedmiocie. Sporo zależy od dyrektora, który przed podjęciem jakichkolwiek innych działań powinien zbudować swój własny zdrowy zespół nauczycieli z jednej strony, a drugiej każdy nauczyciel winien dokonać takiej przebudowy swojego własnego wizerunku, by słowo „nauczyciel” kojarzyło się wszystkim, zawsze i wszędzie ze zdrowym autorytetem, przyjacielem, twórcą wspaniałych zajęć oraz wzorem moralnym, który najpierw swoim bytem pokazuje uczniom wartości, które przestają w szkołach istnieć, a potem poprowadzi ich z pasją, kreatywnie i motywująco przez kolejne etapy kształcenia. A wtedy… z przyjemnością wybiorę się na lekcję angielskiego raz jeszcze…

Rafał Szypulski
nauczyciel języka angielskiego
r.szypulski@gmail.com

Dodaj komentarz