Roboty do roboty, a my?

Im wyższy będzie poziom automatyzacji, tym większego znaczenia będą nabierać cechy, na których deficyt szczególnie cierpimy – nie ma wątpliwości Janusz Dziurzyński, dyrektor Procter & Gamble Global Business Services i wiceprezes Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ang. ABSL).

 

Czy już za naszego pokolenia zabraknie pracy?

Znamienne jest, że pytanie o kres zatrudnienia w znanej nam formie dziś tak często. Dlaczego? Moim zdaniem – ze strachu. Boimy się, bo nie jesteśmy zupełnie przygotowani do funkcjonowania w systemie, w którym maszyny, automaty, sieci mikroprocesorów nie tylko wiedzą, co myślimy, gdzie jesteśmy, czego brakuje nam w lodówce, ale które coraz śmielej odbierają nam pracę. Nikogo już nie dziwi, że komputery ogrywają szachowych arcymistrzów – to gra o skończonej liczbie algorytmów. Najbardziej fascynuje mnie wkraczanie inteligentnych maszyn w obszary, takich jak medycyna operacyjna, gdzie nie da się wszystkiego do końca sparametryzować, gdzie ogromną rolę odgrywa proces samouczenia się.

Jedno jest pewne: im wyższy będzie poziom automatyzacji, tym większego znaczenia będą nabierać cechy, na których deficyt szczególnie cierpimy.

Czego nie uczą nas szkoły?

Umiejętności życia w zmiennym, nieprzewidywalnym świecie. Ta zdolność to mieszanka wielu cech, począwszy od oczywistych, jak konieczność ciągłego podsycania w sobie ciekawości, bycie na bieżąco, niezbędne w czasach, gdy największą rolę w gospodarce odgrywają twórcy, innowatorzy i integratorzy. Teoretycznie wszystko można dziś „wyguglać”, ale proszę zauważyć, że znalezienie właściwych odpowiedzi na ważne pytania, zajmuje nie mniej czasu niż przed laty. Przykładowo, mam świadomość, że zbiorowa inteligencja uczestników Kongresu Obywatelskiego jest większa niż moja – nie doścignę jej, to jasne, ale próbuję się do niej zbliżyć, poprzez gruntowne przygotowanie do debaty. Czy polskie szkoły uczą takiej samodyscypliny? Niekoniecznie.

Przychodzi młody człowiek do korporacji i…

… i ma problem. Jest niebywale wykształcony, zdolny i chłonny – podziwiam go za to i zazdroszczę, bo merytorycznie przedstawia poziom nieosiągalny w tym wieku dla nikogo z mojego pokolenia (mówię to nie tylko jako szef, ale i ojciec czwórki synów). Ale… nie umie wykorzystać tych umiejętności w środowisku korporacyjnym. I młodość i entuzjazm zderza się boleśnie z korporacyjnym falochronem. Myślę nie tylko o deficycie umiejętności komunikacji i pracy zespołowej, ale choćby sile przebicia, pozwalającej zdobywać stronników dla projektów czy zmian, w które głęboko wierzymy. Te umiejętności nabywa się latami, a korporacje wymagają tego na wejściu. Wiem, że to nie fair, ale taki jest stan rzeczy. Można się buntować, szukać zawodowych szans w idących pod prąd start-upach, ale prawo rynku pracy jest nieubłagane: większość młodych dziś ludzi spędzi gros swojego zawodowego życia w sformalizowanych strukturach. A szkoły kompletnie ich na to nie przygotowują.

Na zmiany w systemie edukacji potrzeba lat. Czy rodzice mogą jakoś pomóc swoim dzieciom w dostosowaniu się do tak zdefiniowanych reguł gry?

Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Słuchać, słuchać, słuchać. Ale też, czasami wbrew swojemu instynktowi rodzicielskiemu, chronić przed zbyt łatwymi zbyt przyjemnymi wyborami. Uczyć samodyscypliny…

Często Pan podkreśla swoją fascynację tą cnotą, uważając ją za jedną z kompetencji przyszłości. Dlaczego?

Prof. Wojciech Cellary z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, który od dawna pisze o nieuchronnie nadchodzącej gospodarce wolnego czasu, zwraca uwagę na to, że mniej pracy to piękna wizja, pod jednym warunkiem: że ludzie nie zredukują swoich potrzeb do minimum, że do zadowolenia z życia nie wystarczą im chipsy, coca-cola i darmowe gry komputerowe. Również uważam, że arcyważna jest umiejętność świadomego „zarządzania” tym, co jemy, ile śpimy, co czytamy, jak spędzamy wolny czas, jak trenujemy szare komórki, by nasz umysł nie popadł w odrętwienie czy stupor. Jakkolwiek brutalnie by to nie brzmiało, ktoś, kogo męczy myślenie nie ma szans na rywalizację z tymi, którzy są otwarci na przyjęcie i twórcze przetworzenie nowych informacji. Na marginesie, samodyscyplina to najlepsza inwestycja we własną emeryturę. Wbrew pozorom bowiem, nadmiar wolnego czasu to iluzoryczna przyjemność.

Edukacja to jeden z tych obszarów, z którymi wiążemy duże nadzieje, jeśli chcemy być – zgodnie z Kongresowym hasłem – lepsi. Możemy być lepsi?

Oczywiście, możemy i będziemy. Już sam fakt, że o tym rozmawiamy, że tak wiele osób chce uczestniczyć w Kongresie Obywatelskim to znakomity początek. W Kongresowym haśle najbardziej podoba mi się użycie liczby mnogiej. Znam bowiem bardzo wiele ciekawych przykładów działań, które – przy nadaniu im odpowiedniej skali – mogłyby wynieść Polskę na wyższy, lepszy poziom, ale inicjatywy te są najczęściej rozproszone, spontaniczne, niepowiązane ze sobą. Dlatego tak ważne są takie spotkania, jak zbliżający się Kongres, które łączą ludzi, którym naprawdę zależy.

Wywiad z Januszem Dziurzyńskim przeprowadziła Małgorzata Remisiewicz

Dodaj komentarz